16 grudnia 2008

Słowa zdecentralizowane

Wyobraźcie sobie rzecz, która jest znana w całej Polsce, ale w każdym regionie nazywana. I nie ma jednej, ogólnopolskiej nazwy. Pewnym zaskoczeniem było dla mnie odkrycie takich tworów przy okazji uzupełniania regionalizmów na Wikisłowniku.
A chyba najbardziej zdecentralizowany leksykalnie przedmiot wygląda tak



W Łodzi jest to angielka, w Krakowie - weka, w Poznaniu - kawiorek lub kawiorka, w Katowicach - francuz, w Białymstoku - baton, a w Warszawie - bułka paryska lub wrocławska. A jak to nazwać w języku zrozumiałym dla wszystkich Polaków? Długa bułka pszenna? A wydawałoby się, że polski to taki jednolity, scentralizowany język...

06 grudnia 2008

Jeszcze fałszywi przyjaciele

Znowu czytając dzisiaj wiadomości z Łużyc wpadłem na zabawnego fałszywego przyjaciela. Weźmy tekst "wy sćo jězu skazali?". Nie jest to wcale fragment piosenki wygolonego na łyso zespołu ani treść wymiany zdań między kibicami rywalizujących drużyn (zdanie zresztą spreparowałem na poczekaniu, nie szukajcie w Google'u). Weźmy pozornie podobny przypadek: jeśli głośno wymówi się "wy sćo tam byli?", można wpaść, że chodzi o odpowiednik "wyście tam byli?".

Tak naprawdę "wy sćo jězu skazali?" znaczy "czy zamówiliście już jedzenie?", a jak coś jest "skazane" to jest zamówione ;-) W tekście z wiadomości, który czytałem, dziwiłem się z kolei, czemu "gmejny kažu swójim staršym wobydlarjam" (mieszkańcom) coś na święta zrobić. Okazało się, że gminy nie każą, tylko zapraszają, bo kazaś to zapraszać.

02 grudnia 2008

Nowe strony kategorii języków

W ostatnim czasie wprowadziliśmy małą reformę stron kategorii języków. Chodziło głównie o to, by ustandaryzować wygląd takich stron, pozbyć się złych rzeczy (jak wielki i nieprzydatny formularz „dodaj hasło”), a dobre udostępnić dla wszystkich języków. Co wchodzi w skład tych dobrych rzeczy?

  • dla większej przejrzystości i oszczędności miejsca treść upakowano w tabelkę

  • automatycznie aktualizowane i mówiące poprawną polszczyzną liczniki haseł

  • po prawej stronie wyróżnione linki do opisu języka na Wikipedii, podręcznika na Wikibooks, nagrań wymowy do Wikimedia Commons

  • link „losuj hasło” dla osób na wypadek, by ktoś miał ochotę po prostu „poskakać” po hasłach ;-)

  • kanał RSS z nowymi hasłami — coś zarówno dla osób uczących się języka (choć nie przy każdym języku jest gwarancja, że coś na kanale będzie często się pojawiać), jak i autorów (powiadamianie, gdy ktoś dopisze hasło do naszego ulubionego języka); RSS taki zresztą stworzyć może każdy dla dowolnej kategorii nie tylko na Wikisłowniku (szczegóły)


Rezultaty można zobaczyć na przykładzie języka angielskiego.

11 listopada 2008

Jak klasyka literatury polskiej szkodzi Wikisłownikowi

Na Wikisłowniku pojawił się ostatnio trend, by jako przykłady do haseł polskich wstawiać cytaty z materiałów Wikiźródeł – najczęściej starych książek, do których prawa autorskie wygasły, w związku z tym nie ma wątpliwości prawnych, czy można ich użyć. Na pierwszy rzut oka ma to same zalety – nie wymyślamy własnych, niestworzonych historii, tylko czerpiemy z dzieł wielkich autorów, dajemy przykład pięknej i na pewno poprawnej polszczyzny, oszczędzamy czas i wysiłek na samodzielne tworzenie przykładów. A do tego podbijamy ranking Google’a siostrzanych Wikiźródeł i być może skłaniamy kogoś do przeczytania trochę więcej z cytowanego dzieła. Brzmi pięknie, ale niestety naprawdę tak różowo nie jest.

Pomysł z użyciem dla języka polskiego gotowych przykładów, czy to z książek, czy to z korpusu językowego, nie jest nowy. Wypowiadałem się zawsze o nim z dużą dozą sceptycyzmu, którzy zwolennicy takich rozwiązań kontrowali mówiąc m.in., że nie mamy kompetencji językowych do pisania przykładów użycia słów, bo przykłady takie będą zawsze skażone subiektywizmem – będziemy więc pisali, jak my widzimy użycie słowa, a nie to, jak owe użycie wygląda w prawdziwym języku.

Dylematowi temu miałem okazję się przyjrzeć od drugiej strony – jako użytkownik. Zaglądam do dwóch internetowych słowników – języka dolnołużyckiego stworzonego przez Instytut Łużycki oraz górnołużyckiego Wikisłownika. Oba mają tę zaletę, że przy słowach podają przykłady, ale jednocześnie stoją na przeciwległych biegunach w metodologii ich doboru. W pierwszym przykłady są ewidentnie wymyślane; często nie są to nawet zdania, ale krótkie zwroty albo kolokacje. W drugim stosowane są wyłącznie teksty z korpusu językowego.

Korzystanie z dzieła Instytutu Łużyckiego to prawdziwa przyjemność. Ciężko jest w krótkiej definicji oddać znaczenie słowa, ale w zorientowaniu się, jaki zakres znaczeniowy ma dany wyraz, bardzo pomagają świetne przykłady – jest ich zazwyczaj tyle, ile trzeba, nie są pisane „na jedno kopyto”, podchodzą często do słowa z kilku stron. Z górnołużyckiego słownika korzystam bardzo mało, a prawie w ogóle nie czytam tamtejszych przykładów. Czytelnik jest tam atakowany wielką zbitą górą tekstu, najczęściej z artykułów publicystycznych z przestrzeni ostatnich 150 lat, gdzie autorzy żonglują słowami, wyszukanymi metaforami i odnoszą się do poważnych problemów społeczeństwa górnołużyckiego. Ciągnące się niemiłosiernie zdanie (lub czasem kilka zdań) trzeba czytać kilka razy, żeby rozgryźć figury retoryczne, złapać mniej więcej sens kompletnie wyrwanego z kontekstu fragmentu i dopiero wtedy móc zanalizować, jakie miejsce ma w tym zdaniu analizowane słowo. To prawdziwe piekło.

Całe szczęście, że na Wikisłowniku nie korzystamy w tak dużym stopniu z cytatów z dawnej prasy (za to preferujemy literaturę przygodową i „narodową”, co rodzi inne problemy), ale mimo wszystko uważam, że dla użytkownika o wiele lepszy jest pierwszy sposób pisania przykładów – z własnej głowy. Z głowy – to nie znaczy szybko i byle jak; tworzenie własnych przykładów daje właśnie swobodę skonstruowania zdania tak, by stanowiło samodzielną całość, a nie urywek długiego tekstu; by kontekst użycia słowa podpowiadał jego znaczenie na wypadek, gdyby definicja słowa była nieprecyzyjna lub trudna do zrozumienia dla obcokrajowca. Umożliwia pokazanie od razu w przykładach składni i kolokacji. Daje swobodę napisania tylko tyle, ile trzeba, zamiast okrajać zapożyczony cytat, martwiąc się, czy zdanie wciąż zachowuje sens. „Ale co my się tyle przejmujemy tymi głupimi obcokrajowcami” – mógłby ktoś rzucić. Sęk w tym, że funkcja przykładu jako elementu hasła, który jest w stanie wyklarować sens znaczenia, do którego jest przyporządkowany, jest ważna nie tylko dla obcokrajowca. Sam spotykam się nie tak znowu rzadko z sytuacją, że mam polskie hasło i wiem, jakie to słowo ma tłumaczenia na język obcy – nie jestem jednak w stanie przypisać tych tłumaczeń do numerów, bo nie rozumiem, co autor hasła miał na myśli, pisząc definicje znaczeń. Ja też jako codzienny użytkownik języka polskiego i autor haseł wcale nie mam ochoty głowić się, co Prus, Sienkiewicz czy Mickiewicz w danym miejscu mieli na myśli.

Zarzut o skazie subiektywizmu zawartej w samodzielnym pisaniu przykładów uważam za chybiony – bo nawet jeśli bierzemy jeden tekst z korpusu albo literatury, to dokonujemy tym samym selekcji, a więc subiektywizm wymyślania zastępujemy subiektywizmem wybrania jednego cytatu z ogółu i odrzucenia reszty. Co więcej, masowo wstawiając teraz teksty sprzed stu albo stu pięćdziesięciu lat, robimy słownik polszczyzny z innego wieku. Nie tylko ryzykujemy, że pewnych starych konstrukcji czytelnik nie będzie znał i zmusi to go do skakania po słowniku (zapewne nie naszym, bo w takich starych słowach mamy duże braki), ale ryzykujemy coś więcej: że oderwiemy słownik od aktualnej rzeczywistości. Skoro profesjonaliści piszą do słownika teksty „z głowy”, dlaczego my nie mielibyśmy tak robić? Pomijając już słownik dolnołużycki – biorę do ręki mój jednojęzyczny Oxford Advanced Learner’s Dictionary of Current English. Nie widzę tam śladu nawiązań do literatury pięknej; przykłady są takie, by pomagały w zrozumieniu znaczenie słowa, a jednocześnie zajmowały jak najmniej miejsca. Spytam się więc odwrotnie: czy ktoś widział profesjonalistów używających na taką skalę jak my cytatów z literatury? Czy nasz pomysł nie jest wręcz wybrykiem, jednostkowym eksperymentem na żywym ciele?

Dodając do hasła tylko cytat z literatury powodujemy, że hasło niby przykład ma (czyli automatyczne statystyki nie pokażą, że w haśle brakuje przykładu), ale nie jest to prawdziwy przykład. Wstawianie do haseł o rzeczach najprostszych (tzn. słowach podstawowych dla języka; które zna dziecko kończące zerówkę, które podaje się w pierwszych rozdziałach podręcznika do nauki języka obcego) jest strzelaniem z armaty do muchy. Jeśli obcokrajowiec zainteresuje się takim hasłem, to będzie to oznaczało, że zna polski na słabym poziomie i uczy się podstaw. My zaś rzucamy go na głęboką wodę, serwujemy przykład z literatury pięknej. Czy naprawdę żeby zrozumieć słowo „powolny” trzeba siłować się z Bolesławem Prusem, zerkać na znaczenie słów „rozlec się”, „turkot”, „bryczka”, „bita droga”, „stęp”? Czy pierwszy przykład daje jakąkolwiek wskazówkę, co mogłoby oznaczać słowo „powolny”? (Podpowiedź: jeśli w miejsce opisywanego słowa wstawimy np. „szybko” albo „głośno” i zdanie zachowa sens, to znaczy, że przykład nie daje takich wskazówek.) Jeszcze pół biedy, gdyby te cytaty były z prasy – ale one są z wierszy i powieści, gdzie pisanie prosto i zrozumiale jest wręcz wykroczeniem, gdzie dekoruje się każde zdanie wyszukanymi epitetami, gdzie w dobrym guście jest sztuczna archaizacja i ogólne udziwnianie języka. Żywy język to nie język powieści; jego nieodłączną częścią są wypowiedzi przy śniadaniu w domu, w sklepie na rogu, na spotkaniu ze znajomymi. Owszem, zapewne ktoś kiedyś w jakimś dziele użył słowa w takim „podwórkowym” znaczeniu, o jakie nam chodzi, ale w przypadku codziennych dialogów o wiele szybciej (i lepiej) jest po prostu wymyślić zdanie z głowy niż szukać.

Nie żebym był całkowicie przeciwko cytowaniu w przykładach. Uważam jednak, że każde narzędzie należy dostosować do okoliczności. Literatura piękna to fikcja, sztuczny świat (a w przypadku tekstów z Wikiźródeł – dodatkowo świat z innej epoki), dlatego nie należy jej używać do opisu języka życia codziennego. Pojęcia abstrakcyjne, wyszukane albo starsze słownictwo – tak, to miejsce, gdzie można, a czasem trzeba podeprzeć się literaturą. Ale nie udawajmy, że żyjemy w „Nad Niemnem”. Jeśli ktoś bardzo chce dodać cytat jako przykład do słowa z „normalnego życia” – dobrze, ale niech nie będzie to cytat jedyny dla danego znaczenia, lecz przykład dodatkowy, uzupełniający przykład napisany specjalnie dla tego hasła. Byłbym też za zwiększeniem udziału prasy w cytatach kosztem literatury pięknej: bo prasa używa żywszego języka, bardziej ukierunkowanego na komunikatywność, zamiast bawić się w wywoływanie takich czy innych uczuć u czytelnika.

Do tej pory cały czas miałem na myśli przede wszystkim język polski. W przypadku języków obcych sytuacja jest nieco inna, bo nie mamy stuprocentowej pewności, że pisząc przykład „z głowy”, piszemy go poprawnie – toteż bezpieczniej jest w większym stopniu opierać się na cytatach. Osobiście jednak i w tym przypadku podtrzymuję zdanie, że prasa (ewentualnie Wikipedia, jako źródło bądź co bądź popularnonaukowe, a nie śmiertelnie poważny traktat naukowy) jest lepszym od literatury pięknej źródłem przykładów.

10 października 2008

Tu nie będzie przeklinania

Jebany kał! Najebać to porno…

Nie, nie, nie odbiło mi zupełnie, proszę nie zamykać kart przeglądarek! Krótka wypowiedź, którą wyżej napisałem, nie jest wcale oburzająca. Jest całkiem zwyczajna, w pewnym języku takimi słowy mogłaby zwrócić się kochająca żona do męża przy rodzinnym obiedzie, tekst taki mógłby na pewno znaleźć się w artykule w gazecie, poważnym opracowaniu naukowym albo na przykład w publicznym przemówieniu premiera Saksonii (który mówi owym językiem w domu). No, może nie przemówieniu do polskich polityków, bo pan Tilich nieźle podobno mówi po polsku. A język, o którym mowa, wcale nie jest taki obcy. Weźmy na przykład: Kultura twori mosty mjez ludami, Łódź je město w Pólskej, kotrež leži w łódźskim wojewódstwje albo Wrocław je město w Pólskej a stolica Delnjeje Šleskeje. Ma přibližnje 635 tysacy wobydlerjow.

Jaki to język? Osoby, które czytają posty na blogu, są zapewne blisko rozwiązania. To ciekawe, jak odmienne od tego, co nam się wydaje, jest znaczenie najebać w języku zupełnie bliskim naszemu, że czasownik jebać pojawia się w tekście z pisma Katolicki Posoł z 1915 roku, lub że w haśle porno na Wikisłowniku można poruszyć całkiem poważne i niewesołe sprawy. Ba, dobrze też wiedzieć, że nie musimy mścić się za zniewagę, gdy obcokrajowiec spyta się nas, czy jemy kał.

To było o tym, co można znaleźć na Wikisłowniku, a wspomnę jeszcze, że na angielskich Wikibooks tworzony jest zbiór "fałszywych przyjaciół", tzn. wyrazów, które wyglądają podobnie, ale znaczą co innego w różnych językach. Polecam zajrzeć i uzupełnić lub — jeśli ktoś woli — po prostu pośmiać się z tego, do jakich nieporozumień może dochodzić między "braćmi Słowianami".

06 października 2008

Jakich języków nie ma na Wikisłowniku?

Obecnie polski Wikisłownik zawiera 202 języki. Porównując to do kilku tysięcy znanych języków wygląda to na kroplę w morzu. Jakich języków brakuje? Większości naturalnych, np. telugu i wielu sztucznych, np. toki pona, czy quenya.

Wydawałoby się, że brakujące języki są mało popularne, więc mała strata, że ich nie ma. Guzik prawda. W telugu mówi 76 milionów osób. Dla porównania po polsku około 50 milionów. Tyle tylko, że część wspólna zbiorów osób mówiących po polsku i w telugu jest widać zbyt mała, żeby ten język pojawił się na naszym Wikisłowniku. A szkoda.

No właśnie. Języki, których brakuje, są w Polsce mało popularne. Bo kogo zainteresuje telugu, oprócz części imigrantów z Indii i fanów tollywoodu? Kto będzie chciał zagłębiać się w quenyi z wyjątkiem bardzo głębokich tolkienomaniaków?

Ale to co przed chwilą napisałam nie dotyczy wszystkich brakujących. Nie ma na Wikisłowniku całej grupy bardzo ważnych języków i to popularnych wśród Polaków. Chodzi mi to o języki migowe. A w szczególności o Polski Język Migowy. Chyba nie muszę tłumaczyć jak ważny w Polsce jest to język.

Tyle tylko, że PJM ma kilka cech, które utrudniają jego usłownikowanie. Po pierwsze nie jest liniowy, po drugie nie ma alfabetycznego zapisu (a nawet w ogóle zapisu). O ile to pierwsze nie powinno być dużą przeszkodą, to to drugie prowadzi do kolejnych problemów. Największy z nich to brak możliwości nazywania stron w tym języku. Wydaje mi się, że można by to rozwiązać tylko poprzez nazywanie stron polskimi odpowiednikami znaczeń, co zabiera dużą część funkcjonalności słownika. Nie da się wtedy zrobić słownika migowo-polskiego a tylko polsko-migowy. Z drugiej strony świetnie by się w tym przypadku sprawdziła „multimedialność” Wikisłownika. Filmiki z nagraniami „wymowy”, itp.

Marzy mi się Wikisłownik zawierający wszystkie wymienione w tym poście języki. Primo, chciałabym móc łatwo sprawdzić jak coś pokazać głuchoniememu. Secundo, lubię zarówno Tolkiena jak i Tollywood.

Wygrałem zakład

W czerwcu pisząc o "EKG" Wikisłownika stwierdziłem, że Wikisłownik dobije do liczby 100 000 stron przed prognozowanym wtedy przez skrypt 24 października. I co? Miałem rację; szkoda, że z nikim nie założyłem się o żadne pieniądze ;-) Gdzieś w nocy z 5 na 6 października padła kolejna granica — przede wszystkim dzięki Nemo produkującemu hasła z węgierskiego i anonimowemu użytkownikowi z Warszawy wstydzącemu się zalogować, a piszącemu w zakresie od bośniackiego i słowackiego przez polski do arabskiego.

Mnie zaś dzisiaj udało się rozwiązać zagadnienie, czy skiba i pomazka oznaczają po górnołużycku kromkę czy naszą skibę. Znajomy Łużyczanin wyjaśnił przyjaźnie, że skiba w górnołużyckim to odkryty kawałek chleba (czyli zwykła kromka), a pomazka to już taka skiba posmarowana masłem. Ot, o takich szczegółach normalne słowniki nie piszą. A ponieważ nie piszą, trzeba robić małe śledztwa; na szczęście nie zawsze takie, jak czasem w dolnołużyckim. Ech, dolnołużycki… Ja tu kiedyś wszystko z siebie w końcu wyrzucę, ujawnię, jak to naprawdę z tym językiem jest, co ma wspólnego z Izraelem, kim są naprawdę włodarze dolnołużyckich instytucji oraz za czym stoją kultyści Latającego Potwora Spagetti. Ha! Ale to w następnych odcinkach, bądźcie cierpliwi.

26 września 2008

Europejski Dzień Języków

Dzisiaj mamy Europejski Dzień Języków, mający przypominać ludziom, że warto uczyć się języków. Sprawa ma widać dużą wagę, bo święto zostało ustanowione przez radę ministrów Unii Europejskiej w roku 2001, a teraz wspierają je Komisja i Rada Europejska. W Polsce organizowanych jest parę imprez, zarówno w większych, jak i mniejszych miastach. Co do ciekawostek, ulotka przygotowana przez europejskie instytucje zachęca do nauki języków bardzo wymownie, bo przygotowano ją w 11 językach, wszystkich dla nas obcych.

Z naszej strony chcieliśmy świętować Europejski Dzień Języków przez osiągnięcie 10 000 stron — jak na złość całkiem niedawno zepsuł się licznik (zepsuł, nie zepsuł — w każdym razie ani drgnie) i mimo heroicznych wysiłków użytkowników nie udało nam się to.

Jeszcze w kwestii języków — do 200 brakuje nam na Wikisłowniku jeszcze jednego. Może to właśnie ty znasz ten, którego jeszcze nie mamy?

24 września 2008

KISS psa w nos...

Na blogu Radomila pojawił się wpis o trudności w edycji Wikipedii. Zauważono, że powinna być stosowana reguła KISS, która sprowadza się do tego, że jak najwięcej rzeczy powinno być maksymalnie uproszczonych. Na Wikipedii jest zbyt dużo zasad, zbyt dużo szablonów i szablono-maniaków.

Zastanawiam się, jak to odnieść do Wikisłownika. Chyba moje obawy są słuszne, że Wikisłownik dogoni Wikipedię w trudności edycji już niedługo. Co może być tego przyczyną?

1. brak struktur specjalnie dla słownika; Wikisłownik i pozostałe projekty mają taki sam system edycji jak Wikipedia; musimy dostosowywać się do zastanych struktur; brak nowych rozwiązań

2. powoli, ale rośnie liczba szablonów; na początku pisało się ''[[rzeczownik|rzecz.]]'' ''[[czasownik|czas.]]'', ''z łac. [[hypothēca]]'', zobacz też: [[w:Prostota|prostota]] w Wikipedii, zobacz też: [[musika]] (i od razu wszystko było jasne). Teraz pisze się {{rzecz}}, {{czas}}, {{etym|łac|hypothēca}}, {{wikipedia}}, {{zobteż}}, {{zobteż2}} i inne... Że już nie wspomnę o ilości parametrów do spamiętania... Boję się myśleć, ile tego jest na Wikipedii...

Być może na Wikipedii ze strony zwolenników szablonów padał argument, że kod strony jest dla edytorów, a efekt jest ważniejszy, to właśnie efekt końcowy oglądają czytelnicy. Ha! Taki wał! Powiem szczerze - wolę edytować strony pełne HTMLa niż hasła Wikipedii. Wróćmy jednak na nasz poczciwy Wikisłownik...

Zastanawiam się nad pomysłem powrotu do starych zasad. Co by było, gdyby nie było szablonu {{wikipedia}}, a zamiast niego pisali jak powyżej? Albo zamiast {{zobteż}} i {{zobteż2}} pisać także jak powyżej?

Tylko proszę, nie piszcie mi, że szablony są dla dobra serwerów, albo że szablony to krótszy zapis i mniej znaków jest zapisywanych... Jakoś gdy boty edytują setki tysięcy znaków w ciągu minuty to nikt nie mówi o serwerach, a gdy my chcemy uprościć edycję do pełnego widoku hasła, to zasłaniacie się serwerami albo - o zgrozo - prostotą edycji. Pisząc "pełny widok" mam na myśli, żeby jak najwięcej tego, co widzi czytelnik było w kodzie strony. I tak mamy już szablony w szkielecie hasła. Ja nie chcę więcej! Do czego to doszło, żeby na zlocie uczyć ludzi z Wikipedii jak tworzyć proste hasła słownika?!

14 września 2008

O niebiosa, jak ludzie mogą szukać takich rzeczy?

Statystyki są niewzruszone: tak jak ponad rok temu najczęściej oglądanym hasłem na Wikisłowniku pozostaje chuj. Gdy dzienna liczba wejść na stronę główną waha się między 1000 a 1600, to darzone szczególną uwagą hasło jest czytane od lipca dzień w dzień średnio ponad 400 razy — i mogę się założyć, że ludzie nie szukają w nim bynajmniej opisu języka Indian. Nieźle, w pierwszej pięćdziesiątce, trzymają się też hasła cwel, dupa, kurwa, a z międzynarodowych bitch. Dla porównania, o kulturze chce dziennie czytać mniej niż 20 osób, o sztuce zaś najwidoczniej prawie nikt (brak w zestawieniu).

Pewnie gdybym miał parę krzyżyków więcej na karku, zacząłbym w tym miejscu rozwodzić się nad upadkiem moralności w naszych czasach i zepsuciem dzisiejszej młodzieży, lub też w świętym uniesieniu zacząłbym krucjatę przeciwko wulgaryzmom; czytelników chciałbym od razu uspokoić, że nic podobnego nie szykuję. ;-) Gdy przyjrzymy się uważniej statystykom, zauważymy, że w ścisłej czołówce utrzymują się też niezmiennie hasła rzadko (ponad 300 wejść dziennie), w ogóle, wziąć — czyli słowa, które bardzo często są pisane nieprawidłowo. A co tam, może oto oznaka, że ludzie zaczęli uważać nie tylko, co piszą po polsku, ale też jak piszą? Skoro na Wikisłowniku jest wyjaśnione obok prawidłowej pisowni, jak nie należy słowa pisać, to ludzie znajdują te hasła? Na liczbę dziennych wejść na hasło „chuj” należałoby więc patrzeć optymistycznie: 400 ludzi oglądających dziennie tę stronę być może chce upewnić się, jak dobrze zapisać to słowo, poznaje etymologię i przyczyny, dla której pisownia przez samo „h” jest niewłaściwa.

Gdyby ktoś jeszcze załamywał ręce nad językiem obecnej młodzieży, niech zwróci uwagę, że ponad 150 osób dziennie czyta hasło per aspera ad astra, popularne są też dum spiro, spero, pejoratywny i sarkazm (to ostatnie nie wiedzieć czemu ma aż około 300 wejść dziennie). Na początku września absolutnym hitem jest jątrew, odwiedzane średnio przez pierwszych 9 dni miesiąca przez imponującą liczbę 934 osób dziennie. Co się dzieje? Nie mam pojęcia, może jakiś mały efekt Slashdota? Albo w „Polityce” w jednym z artykułów ktoś użył tego określenia i cała Polska szuka teraz, co ono znaczy? :-) Sam przyznam się, że dzisiaj słowo zobaczyłem po raz pierwszy na oczy.

08 września 2008

Co ma wspólnego golizna z lasem






Jest sobie w dolnołużyckim słówko „góla”, które jest o tyle dziwne, że oznacza „las”. Gdy je zobaczyłem po raz pierwszy, wydało mi się bardzo podejrzane - no bo jak to, pierwsze skojarzenie nasuwa się z czymś gołym, a las bynajmniej gołym terenem nie jest. Po jakimś czasie okazało się, że nie tylko u mnie wyraz ten powoduje taką reakcję; ba, łamią sobie nad nim głowę dolnołużyccy etymolodzy. Wpadł mi w ręce niedawno 34 numer „Nowego Casnika” z tego roku, gdzie temat pochodzenia tego wyrazu zajmuje 2 (!) strony. A sprawa nie jest trywialna, bo do wyjaśnienia zaprzęgnięto badania archeologiczne i wiedzę o sposobie orania roli w Średniowieczu.

Na zapoznanie się z artykułami tam zamieszczonymi miałem w pociągu dużo czasu, więc przewałkowałem temat od początku do końca tyle razy, że doszedłem ostatecznie do sensu całości bez użycia słownika. Artykuły były bardzo ciekawe i jakby nie było, przekonały mnie do przedstawionych wyjaśnień. Naturalnie stwierdziłem, że szkoda by było, żeby efektami moich zmagań z opisami użycia pługa i płodozmianu nie podzielić się z innymi. Oto więc jest: hasło góla z moim zdaniem najdłuższą etymologią na Wikisłowniku. Nie, nie zajmuje dwóch powierzchni ekranu, więc zachęcam do rzucenia okiem. ;-)

01 września 2008

Wikisłownik pomysłem na reklamę

Co może mieć wspólnego Wikisłownik z reklamami? Zobaczcie, co znalazłem dziś jako wkładkę w dodatku telewizyjnym papierowej Gazety Wyborczej z tego tygodnia:



Reklama ma cztery strony, tak wygląda pierwsza z nich, mająca zachęcać do zajrzenia dalej. W środku nie ma nic wartego omówienia w tym miejscu (zdjęcia i ceny produktów), zostańmy więc przy pierwszej stronie. Wygląda znajomo? Ha, coś mi to przypomina – pomyślałem - coś jakby definicja w Słowniku Języka Polskiego PWN albo Wikisłowniku. Tknięty przeczuciem wrzuciłem „bzik” do wyszukiwarki Wikisłownika – wyskoczyło prawie kropka w kropkę to samo, jak na kartce. Dokładniej, przed ukazaniem się reklamy hasło wyglądało tak, ale 30 sierpnia, czyli już po fakcie, ktoś je nieco rozbudował i wygląda ono inaczej (chyba lepiej). Tak, tak, przyznaję w związku z tym, że nie odkrywam pisząc niniejszy wpis Ameryki; nie wiem niestety, kto był bardziej spostrzegawczy ode mnie, bo edycji dokonano spod adresu IP warszawskiej Neostrady.

Wracając do meritum: czyż fakt, że układ typograficzny hasła na Wikisłowniku został wykorzystany na stronie otwierającej reklamę, nie poświadcza o tym, że w prostocie tego układu kryje się też funkcjonalność i piękno? Że robimy słownik nie tylko dobry, ale też ładny? Być może; w każdym razie według szwedzkiej firmy robimy najwidoczniej słownik pasujący do ich mebli ;-)

Kończąc zachwyty nad tym, że Wikisłownik znajduje zastosowanie w coraz to nowych, nie zawsze spodziewanych miejscach (oby tak było dalej), chciałbym tylko nadmienić, że byłoby miło, gdyby gdzieś w treści reklamy pojawiło się, choćby drobnym drukiem i na marginesie, słowo „Wikisłownik”. Nie jest uprzejmie brać czyjeś pomysły i udawać, że są wyłącznie własne.

Przedstawiona grafika jest chroniona prawem autorskim i nie może być bez zgody jej twórców kopiowana ani modyfikowana. W niniejszym artykule została użyta na podstawie art. 29 ustawy z dn. 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych w celu analizy krytycznej.