Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Derbeth. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Derbeth. Pokaż wszystkie posty

23 stycznia 2009

Łużyce nową Irlandią, ziemia połabska nową Ziemią Świętą

Dorzucę jeszcze małe post scriptum do wczorajszego posta o Słowianach Połabskich. Grzebiąc niedawno w Internecie trafiłem na niebanalny artykuł pod tytułem… "O reslawizację Wschodnich Niemiec". Pomysł jego można streścić tak: trzeba stworzyć państwo dwu-trzymilionowe państwo łużyckie oraz państwo połabskie — od Hamburga przez Berlin do granicy z Polską (na Odrze i Nysie ma się rozumieć). Pięknie, ale co z niemieckojęzycznymi mieszkańcami tych terenów? Wywieźć wszystkich jeszcze bardziej na Zachód? O nie, autor do takich rozwiązań uciekać się nie zamierza, ale nie znaczy to wcale, że jego plany pozbawione są rozmachu.

Po pierwsze, pisze pomysłodawca, w Niemczech od dawna istnieje ruch dążący do zrzucenia niemieckiego jarzma i powrotu do słowiańskich korzeni. Mieszkańcy wschodnich Niemiec zaczynają się ku temu organizować, czując swoją odrębność od reszty Niemiec. Ruch został zahamowany, ale nie zniszczony przez represje hitlerowskie. Co więc należy zrobić, aby ich zamiary urzeczywistnić?

W Łużycach mówiący po łużycku "musieliby posiąść możność reslawizacji swych zgermanizowanych ziomków" (pięknie powiedziane, prawda?). Tak samo, jak w Irlandii wprowadzano język irlandzki w społeczeństwo mówiące niemal wyłącznie po angielsku, łużycki poprzez szkolnictwo wypierałby niemiecki. Powiedzmy, prawie tak samo — z małą poprawką na konieczność wysiedlenia Niemców na terenie między Dolnymi a Górnymi Łużycami, żeby powstał jednolity ośrodek słowiański w państwie.

Proste, prawda? Ale co tu zrobić z terenami Słowian Połabskich — wszak od 200 lat jedyny słyszany tam język słowiański to najwyżej polski. To, co zostało po Drzewianach, to ewentualnie gdzieniegdzie strój ludowy. Reslawizacja w takich warunkach? Da się zrobić! Skoro Żydom w Palestynie udało się zrewitalizować hebrajski, w końcu wymarły o wiele dawniej niż połabski — pisze autor — dlaczego nie udało by się tak ze słowiańskim językiem w północnych Niemczech? Trzeba, żeby odpowiednia ilość osób poczuwająca się do słowiańskich, połabskich korzeni wróciła do języka przodków — a dalej już pójdzie. Przez pewien czas językiem potocznym i urzędowym byłby niemiecki, ale powoli zastępowano by go przez połabski. Nad wszystkim czuwałaby ONZ.

"O reslawizację Wschodnich Niemiec" stworzył nasz rodak. Żeby nieco usprawiedliwić powyższe szalone pomysły — tekst powstał tuż po II wojnie światowej. Jeśli ktoś chce przeczytać całość — jest dostępna na stronie Polic. Jeśli ktoś nie ma ochoty i zastanawia się, co to ma znaczyć, że naplotłem tu tyle rzeczy bez związku ze słownikami i Wikisłownikiem — proszę bardzo, rzecz o rzeczy w połabskim i polskim.

22 stycznia 2009

Jak się drzewiej słowniki tworzyło

Język połabski, używany przez Słowian na terenach od dzisiejszej północnej Brandenburgii do Dolnej Saksonii, jest językiem, w którym nikt nigdy nie pisał (a przynajmniej nic nam o tym nie wiadomo) i który zdążył wymrzeć, zanim zajął się nim ktokolwiek o wykształceniu językoznawczym (nadłużej przetrwał w odosobnionych wioskach plemienia Drzewian, ale w XIX wieku nikt już się nim nie posługiwał). Co wcale nie przeszkadza temu, by powstał np. słownik połabsko-angielski. Mowa tu o "Polabian-English dictionary" naszych rodaków Kazimierza Polańskiego i Janusza Sehnerta; istnieją zresztą słowniki po polsku i niemiecku, a nawet opracowania gramatyki. Jak to możliwe? Posiadamy źródła z czasów, gdy mówiono jeszcze po połabsku, i choć ich autorzy (z jednym małym wyjątkiem) nie posługiwali się opisywanym przez siebie językiem, obecni naukowcy są w stanie metodami porównawczymi zrekonstruować w pewnym stopniu mowę Słowian Połabskich.

Cała ta konstrukcja wydaje się po zapoznaniu się z okolicznościami zupełnie niewiarygodna, wręcz szarlatańska — a jednak udała się (choć należy pamiętać, że jest to przybliżone odtworzenie wycinka języka). Zobaczmy bowiem: słowa spisywali amatorzy zaciekawieni "egzotyczną" mową: filozof (sam Leibniz), matematyk, pastor oraz sołtys (jako Drzewianin jedyny Słowianin i jedyna osoba znająca język w tym towarzystwie). Słowniki były tworzone bardziej jako ciekawostka niż jako coś praktycznego (użytkownicy połabskiego mieszkali na wsi, musieli ze względu na okoliczności i tak znać niemiecki, więc dla Niemca nie było sensu uczyć się ich języka). Stosunek do połabskiego dobrze obrazuje sprowadzenie na dwór króla Hanoweru kobiety mówiącej w drzewiańskim połabskim — by jaśnie pan usłyszał dziwny język zanim ów zniknie. Badacze-amatorzy zapisywali słowa niemieckim alfabetem, tak, jak potrafili — bo nie wiedzieli, jak można by inaczej.

W sumie dość zabawne są problemy, jakie wiążą się ze stworzonymi przez nich słownikami. Przytaczane wypowiedzi nie zawsze są prawidłowo podzielone na wyrazy — co nie powinno dziwić, bo kto miałby robić rozbiór gramatyczny zdania: wypytywani niepiśmienni ludzie czy odpytujący Słowian, którzy często w ogóle nie rozumieli tego, co piszą? W jednym słowniku spisanym po francusku jest część dotycząca różnych zwrotów z języka codziennego; obok pytań po francusku pojawia się tekst po połabsku — ale tekst odpowiedzi zamiast tłumaczenia pytania. Ot, najwidoczniej odpytywani ludzie nie dogadali się z badaczem, co chce uzyskać (od razu przychodzi mi na myśl Świat Dysku Pratchetta i góry "Nie Wiem", "Jakaś Góra", "Twój Palec Idioto", pozostałość po odkrywcach zapisujących fonetycznie odpowiedzi tubylców na pytania o okolicę).

Jeden z autorów słowników z tamtych czasów, pastor von Jessen, wspomniał o problemach, jakie napotkał w trakcie pracy. I tu zaczyna się zabawa: znającymi połabski byli prości ludzie żyjący na wsi. Mało ich obchodziła pomoc w jakichkolwiek "badaniach": od poniedziałku do soboty ciężko pracowali i nie mieli na nic czasu, a w niedzielę chcieli mieć po prostu święty spokój. Pastor był więc w kropce i dopiero po długich staraniach znalazł jednego chłopa, który zgodził się z nim regularnie rozmawiać. I całe szczęście, bo inaczej nie było by słownika von Jessena, uznawanego ze względu na staranność pastora za jedno z najważniejszych źródeł wiedzy o połabskim. Autorzy "Polabian-English dictionary" czynią na podstawie koncentracji słownictwa wokół różnych tematów obserwację, że Drzewianie, jako prości ludzie, mieli w języku słowa tylko na to, czego sami doświadczali, natomiast bardzo mało na tematy abstrakcyjne itp. Wyliczają więc rzeczy, które składały się na życie typowego Słowianina na tych terenach (cytuję z pamięci): "uprawa roli, las, owoce leśne, ptaki; jedzenie, picie, handel, walka, wojna, prostytucja". Ciekawe, prawda? Wśród brakujących słów wymieniają… krzesło — ubodzy Drzewianie w domach siedzieli na ziemi, krzeseł nie mieli, więc też i na nie określenia. Ostatecznie określenie na krzesło zostało zapożyczone do połabskiego z niemieckiego.

Ciekawe, jak dużo słowników powstało w ten sposób: wyjeżdża naukowiec na głęboką prowincję, chodzi za autochtonami i uprasza ich o poświęcenie chwili czasu, a w końcu głowi się, jak zapisać, co usłyszał, bo odpytywany nie jest w stanie mu pomóc. Hej, ktoś narzekał, że jest trudno tworzyć Wikisłownik?

06 grudnia 2008

Jeszcze fałszywi przyjaciele

Znowu czytając dzisiaj wiadomości z Łużyc wpadłem na zabawnego fałszywego przyjaciela. Weźmy tekst "wy sćo jězu skazali?". Nie jest to wcale fragment piosenki wygolonego na łyso zespołu ani treść wymiany zdań między kibicami rywalizujących drużyn (zdanie zresztą spreparowałem na poczekaniu, nie szukajcie w Google'u). Weźmy pozornie podobny przypadek: jeśli głośno wymówi się "wy sćo tam byli?", można wpaść, że chodzi o odpowiednik "wyście tam byli?".

Tak naprawdę "wy sćo jězu skazali?" znaczy "czy zamówiliście już jedzenie?", a jak coś jest "skazane" to jest zamówione ;-) W tekście z wiadomości, który czytałem, dziwiłem się z kolei, czemu "gmejny kažu swójim staršym wobydlarjam" (mieszkańcom) coś na święta zrobić. Okazało się, że gminy nie każą, tylko zapraszają, bo kazaś to zapraszać.

02 grudnia 2008

Nowe strony kategorii języków

W ostatnim czasie wprowadziliśmy małą reformę stron kategorii języków. Chodziło głównie o to, by ustandaryzować wygląd takich stron, pozbyć się złych rzeczy (jak wielki i nieprzydatny formularz „dodaj hasło”), a dobre udostępnić dla wszystkich języków. Co wchodzi w skład tych dobrych rzeczy?

  • dla większej przejrzystości i oszczędności miejsca treść upakowano w tabelkę

  • automatycznie aktualizowane i mówiące poprawną polszczyzną liczniki haseł

  • po prawej stronie wyróżnione linki do opisu języka na Wikipedii, podręcznika na Wikibooks, nagrań wymowy do Wikimedia Commons

  • link „losuj hasło” dla osób na wypadek, by ktoś miał ochotę po prostu „poskakać” po hasłach ;-)

  • kanał RSS z nowymi hasłami — coś zarówno dla osób uczących się języka (choć nie przy każdym języku jest gwarancja, że coś na kanale będzie często się pojawiać), jak i autorów (powiadamianie, gdy ktoś dopisze hasło do naszego ulubionego języka); RSS taki zresztą stworzyć może każdy dla dowolnej kategorii nie tylko na Wikisłowniku (szczegóły)


Rezultaty można zobaczyć na przykładzie języka angielskiego.

11 listopada 2008

Jak klasyka literatury polskiej szkodzi Wikisłownikowi

Na Wikisłowniku pojawił się ostatnio trend, by jako przykłady do haseł polskich wstawiać cytaty z materiałów Wikiźródeł – najczęściej starych książek, do których prawa autorskie wygasły, w związku z tym nie ma wątpliwości prawnych, czy można ich użyć. Na pierwszy rzut oka ma to same zalety – nie wymyślamy własnych, niestworzonych historii, tylko czerpiemy z dzieł wielkich autorów, dajemy przykład pięknej i na pewno poprawnej polszczyzny, oszczędzamy czas i wysiłek na samodzielne tworzenie przykładów. A do tego podbijamy ranking Google’a siostrzanych Wikiźródeł i być może skłaniamy kogoś do przeczytania trochę więcej z cytowanego dzieła. Brzmi pięknie, ale niestety naprawdę tak różowo nie jest.

Pomysł z użyciem dla języka polskiego gotowych przykładów, czy to z książek, czy to z korpusu językowego, nie jest nowy. Wypowiadałem się zawsze o nim z dużą dozą sceptycyzmu, którzy zwolennicy takich rozwiązań kontrowali mówiąc m.in., że nie mamy kompetencji językowych do pisania przykładów użycia słów, bo przykłady takie będą zawsze skażone subiektywizmem – będziemy więc pisali, jak my widzimy użycie słowa, a nie to, jak owe użycie wygląda w prawdziwym języku.

Dylematowi temu miałem okazję się przyjrzeć od drugiej strony – jako użytkownik. Zaglądam do dwóch internetowych słowników – języka dolnołużyckiego stworzonego przez Instytut Łużycki oraz górnołużyckiego Wikisłownika. Oba mają tę zaletę, że przy słowach podają przykłady, ale jednocześnie stoją na przeciwległych biegunach w metodologii ich doboru. W pierwszym przykłady są ewidentnie wymyślane; często nie są to nawet zdania, ale krótkie zwroty albo kolokacje. W drugim stosowane są wyłącznie teksty z korpusu językowego.

Korzystanie z dzieła Instytutu Łużyckiego to prawdziwa przyjemność. Ciężko jest w krótkiej definicji oddać znaczenie słowa, ale w zorientowaniu się, jaki zakres znaczeniowy ma dany wyraz, bardzo pomagają świetne przykłady – jest ich zazwyczaj tyle, ile trzeba, nie są pisane „na jedno kopyto”, podchodzą często do słowa z kilku stron. Z górnołużyckiego słownika korzystam bardzo mało, a prawie w ogóle nie czytam tamtejszych przykładów. Czytelnik jest tam atakowany wielką zbitą górą tekstu, najczęściej z artykułów publicystycznych z przestrzeni ostatnich 150 lat, gdzie autorzy żonglują słowami, wyszukanymi metaforami i odnoszą się do poważnych problemów społeczeństwa górnołużyckiego. Ciągnące się niemiłosiernie zdanie (lub czasem kilka zdań) trzeba czytać kilka razy, żeby rozgryźć figury retoryczne, złapać mniej więcej sens kompletnie wyrwanego z kontekstu fragmentu i dopiero wtedy móc zanalizować, jakie miejsce ma w tym zdaniu analizowane słowo. To prawdziwe piekło.

Całe szczęście, że na Wikisłowniku nie korzystamy w tak dużym stopniu z cytatów z dawnej prasy (za to preferujemy literaturę przygodową i „narodową”, co rodzi inne problemy), ale mimo wszystko uważam, że dla użytkownika o wiele lepszy jest pierwszy sposób pisania przykładów – z własnej głowy. Z głowy – to nie znaczy szybko i byle jak; tworzenie własnych przykładów daje właśnie swobodę skonstruowania zdania tak, by stanowiło samodzielną całość, a nie urywek długiego tekstu; by kontekst użycia słowa podpowiadał jego znaczenie na wypadek, gdyby definicja słowa była nieprecyzyjna lub trudna do zrozumienia dla obcokrajowca. Umożliwia pokazanie od razu w przykładach składni i kolokacji. Daje swobodę napisania tylko tyle, ile trzeba, zamiast okrajać zapożyczony cytat, martwiąc się, czy zdanie wciąż zachowuje sens. „Ale co my się tyle przejmujemy tymi głupimi obcokrajowcami” – mógłby ktoś rzucić. Sęk w tym, że funkcja przykładu jako elementu hasła, który jest w stanie wyklarować sens znaczenia, do którego jest przyporządkowany, jest ważna nie tylko dla obcokrajowca. Sam spotykam się nie tak znowu rzadko z sytuacją, że mam polskie hasło i wiem, jakie to słowo ma tłumaczenia na język obcy – nie jestem jednak w stanie przypisać tych tłumaczeń do numerów, bo nie rozumiem, co autor hasła miał na myśli, pisząc definicje znaczeń. Ja też jako codzienny użytkownik języka polskiego i autor haseł wcale nie mam ochoty głowić się, co Prus, Sienkiewicz czy Mickiewicz w danym miejscu mieli na myśli.

Zarzut o skazie subiektywizmu zawartej w samodzielnym pisaniu przykładów uważam za chybiony – bo nawet jeśli bierzemy jeden tekst z korpusu albo literatury, to dokonujemy tym samym selekcji, a więc subiektywizm wymyślania zastępujemy subiektywizmem wybrania jednego cytatu z ogółu i odrzucenia reszty. Co więcej, masowo wstawiając teraz teksty sprzed stu albo stu pięćdziesięciu lat, robimy słownik polszczyzny z innego wieku. Nie tylko ryzykujemy, że pewnych starych konstrukcji czytelnik nie będzie znał i zmusi to go do skakania po słowniku (zapewne nie naszym, bo w takich starych słowach mamy duże braki), ale ryzykujemy coś więcej: że oderwiemy słownik od aktualnej rzeczywistości. Skoro profesjonaliści piszą do słownika teksty „z głowy”, dlaczego my nie mielibyśmy tak robić? Pomijając już słownik dolnołużycki – biorę do ręki mój jednojęzyczny Oxford Advanced Learner’s Dictionary of Current English. Nie widzę tam śladu nawiązań do literatury pięknej; przykłady są takie, by pomagały w zrozumieniu znaczenie słowa, a jednocześnie zajmowały jak najmniej miejsca. Spytam się więc odwrotnie: czy ktoś widział profesjonalistów używających na taką skalę jak my cytatów z literatury? Czy nasz pomysł nie jest wręcz wybrykiem, jednostkowym eksperymentem na żywym ciele?

Dodając do hasła tylko cytat z literatury powodujemy, że hasło niby przykład ma (czyli automatyczne statystyki nie pokażą, że w haśle brakuje przykładu), ale nie jest to prawdziwy przykład. Wstawianie do haseł o rzeczach najprostszych (tzn. słowach podstawowych dla języka; które zna dziecko kończące zerówkę, które podaje się w pierwszych rozdziałach podręcznika do nauki języka obcego) jest strzelaniem z armaty do muchy. Jeśli obcokrajowiec zainteresuje się takim hasłem, to będzie to oznaczało, że zna polski na słabym poziomie i uczy się podstaw. My zaś rzucamy go na głęboką wodę, serwujemy przykład z literatury pięknej. Czy naprawdę żeby zrozumieć słowo „powolny” trzeba siłować się z Bolesławem Prusem, zerkać na znaczenie słów „rozlec się”, „turkot”, „bryczka”, „bita droga”, „stęp”? Czy pierwszy przykład daje jakąkolwiek wskazówkę, co mogłoby oznaczać słowo „powolny”? (Podpowiedź: jeśli w miejsce opisywanego słowa wstawimy np. „szybko” albo „głośno” i zdanie zachowa sens, to znaczy, że przykład nie daje takich wskazówek.) Jeszcze pół biedy, gdyby te cytaty były z prasy – ale one są z wierszy i powieści, gdzie pisanie prosto i zrozumiale jest wręcz wykroczeniem, gdzie dekoruje się każde zdanie wyszukanymi epitetami, gdzie w dobrym guście jest sztuczna archaizacja i ogólne udziwnianie języka. Żywy język to nie język powieści; jego nieodłączną częścią są wypowiedzi przy śniadaniu w domu, w sklepie na rogu, na spotkaniu ze znajomymi. Owszem, zapewne ktoś kiedyś w jakimś dziele użył słowa w takim „podwórkowym” znaczeniu, o jakie nam chodzi, ale w przypadku codziennych dialogów o wiele szybciej (i lepiej) jest po prostu wymyślić zdanie z głowy niż szukać.

Nie żebym był całkowicie przeciwko cytowaniu w przykładach. Uważam jednak, że każde narzędzie należy dostosować do okoliczności. Literatura piękna to fikcja, sztuczny świat (a w przypadku tekstów z Wikiźródeł – dodatkowo świat z innej epoki), dlatego nie należy jej używać do opisu języka życia codziennego. Pojęcia abstrakcyjne, wyszukane albo starsze słownictwo – tak, to miejsce, gdzie można, a czasem trzeba podeprzeć się literaturą. Ale nie udawajmy, że żyjemy w „Nad Niemnem”. Jeśli ktoś bardzo chce dodać cytat jako przykład do słowa z „normalnego życia” – dobrze, ale niech nie będzie to cytat jedyny dla danego znaczenia, lecz przykład dodatkowy, uzupełniający przykład napisany specjalnie dla tego hasła. Byłbym też za zwiększeniem udziału prasy w cytatach kosztem literatury pięknej: bo prasa używa żywszego języka, bardziej ukierunkowanego na komunikatywność, zamiast bawić się w wywoływanie takich czy innych uczuć u czytelnika.

Do tej pory cały czas miałem na myśli przede wszystkim język polski. W przypadku języków obcych sytuacja jest nieco inna, bo nie mamy stuprocentowej pewności, że pisząc przykład „z głowy”, piszemy go poprawnie – toteż bezpieczniej jest w większym stopniu opierać się na cytatach. Osobiście jednak i w tym przypadku podtrzymuję zdanie, że prasa (ewentualnie Wikipedia, jako źródło bądź co bądź popularnonaukowe, a nie śmiertelnie poważny traktat naukowy) jest lepszym od literatury pięknej źródłem przykładów.

10 października 2008

Tu nie będzie przeklinania

Jebany kał! Najebać to porno…

Nie, nie, nie odbiło mi zupełnie, proszę nie zamykać kart przeglądarek! Krótka wypowiedź, którą wyżej napisałem, nie jest wcale oburzająca. Jest całkiem zwyczajna, w pewnym języku takimi słowy mogłaby zwrócić się kochająca żona do męża przy rodzinnym obiedzie, tekst taki mógłby na pewno znaleźć się w artykule w gazecie, poważnym opracowaniu naukowym albo na przykład w publicznym przemówieniu premiera Saksonii (który mówi owym językiem w domu). No, może nie przemówieniu do polskich polityków, bo pan Tilich nieźle podobno mówi po polsku. A język, o którym mowa, wcale nie jest taki obcy. Weźmy na przykład: Kultura twori mosty mjez ludami, Łódź je město w Pólskej, kotrež leži w łódźskim wojewódstwje albo Wrocław je město w Pólskej a stolica Delnjeje Šleskeje. Ma přibližnje 635 tysacy wobydlerjow.

Jaki to język? Osoby, które czytają posty na blogu, są zapewne blisko rozwiązania. To ciekawe, jak odmienne od tego, co nam się wydaje, jest znaczenie najebać w języku zupełnie bliskim naszemu, że czasownik jebać pojawia się w tekście z pisma Katolicki Posoł z 1915 roku, lub że w haśle porno na Wikisłowniku można poruszyć całkiem poważne i niewesołe sprawy. Ba, dobrze też wiedzieć, że nie musimy mścić się za zniewagę, gdy obcokrajowiec spyta się nas, czy jemy kał.

To było o tym, co można znaleźć na Wikisłowniku, a wspomnę jeszcze, że na angielskich Wikibooks tworzony jest zbiór "fałszywych przyjaciół", tzn. wyrazów, które wyglądają podobnie, ale znaczą co innego w różnych językach. Polecam zajrzeć i uzupełnić lub — jeśli ktoś woli — po prostu pośmiać się z tego, do jakich nieporozumień może dochodzić między "braćmi Słowianami".

06 października 2008

Wygrałem zakład

W czerwcu pisząc o "EKG" Wikisłownika stwierdziłem, że Wikisłownik dobije do liczby 100 000 stron przed prognozowanym wtedy przez skrypt 24 października. I co? Miałem rację; szkoda, że z nikim nie założyłem się o żadne pieniądze ;-) Gdzieś w nocy z 5 na 6 października padła kolejna granica — przede wszystkim dzięki Nemo produkującemu hasła z węgierskiego i anonimowemu użytkownikowi z Warszawy wstydzącemu się zalogować, a piszącemu w zakresie od bośniackiego i słowackiego przez polski do arabskiego.

Mnie zaś dzisiaj udało się rozwiązać zagadnienie, czy skiba i pomazka oznaczają po górnołużycku kromkę czy naszą skibę. Znajomy Łużyczanin wyjaśnił przyjaźnie, że skiba w górnołużyckim to odkryty kawałek chleba (czyli zwykła kromka), a pomazka to już taka skiba posmarowana masłem. Ot, o takich szczegółach normalne słowniki nie piszą. A ponieważ nie piszą, trzeba robić małe śledztwa; na szczęście nie zawsze takie, jak czasem w dolnołużyckim. Ech, dolnołużycki… Ja tu kiedyś wszystko z siebie w końcu wyrzucę, ujawnię, jak to naprawdę z tym językiem jest, co ma wspólnego z Izraelem, kim są naprawdę włodarze dolnołużyckich instytucji oraz za czym stoją kultyści Latającego Potwora Spagetti. Ha! Ale to w następnych odcinkach, bądźcie cierpliwi.

26 września 2008

Europejski Dzień Języków

Dzisiaj mamy Europejski Dzień Języków, mający przypominać ludziom, że warto uczyć się języków. Sprawa ma widać dużą wagę, bo święto zostało ustanowione przez radę ministrów Unii Europejskiej w roku 2001, a teraz wspierają je Komisja i Rada Europejska. W Polsce organizowanych jest parę imprez, zarówno w większych, jak i mniejszych miastach. Co do ciekawostek, ulotka przygotowana przez europejskie instytucje zachęca do nauki języków bardzo wymownie, bo przygotowano ją w 11 językach, wszystkich dla nas obcych.

Z naszej strony chcieliśmy świętować Europejski Dzień Języków przez osiągnięcie 10 000 stron — jak na złość całkiem niedawno zepsuł się licznik (zepsuł, nie zepsuł — w każdym razie ani drgnie) i mimo heroicznych wysiłków użytkowników nie udało nam się to.

Jeszcze w kwestii języków — do 200 brakuje nam na Wikisłowniku jeszcze jednego. Może to właśnie ty znasz ten, którego jeszcze nie mamy?

14 września 2008

O niebiosa, jak ludzie mogą szukać takich rzeczy?

Statystyki są niewzruszone: tak jak ponad rok temu najczęściej oglądanym hasłem na Wikisłowniku pozostaje chuj. Gdy dzienna liczba wejść na stronę główną waha się między 1000 a 1600, to darzone szczególną uwagą hasło jest czytane od lipca dzień w dzień średnio ponad 400 razy — i mogę się założyć, że ludzie nie szukają w nim bynajmniej opisu języka Indian. Nieźle, w pierwszej pięćdziesiątce, trzymają się też hasła cwel, dupa, kurwa, a z międzynarodowych bitch. Dla porównania, o kulturze chce dziennie czytać mniej niż 20 osób, o sztuce zaś najwidoczniej prawie nikt (brak w zestawieniu).

Pewnie gdybym miał parę krzyżyków więcej na karku, zacząłbym w tym miejscu rozwodzić się nad upadkiem moralności w naszych czasach i zepsuciem dzisiejszej młodzieży, lub też w świętym uniesieniu zacząłbym krucjatę przeciwko wulgaryzmom; czytelników chciałbym od razu uspokoić, że nic podobnego nie szykuję. ;-) Gdy przyjrzymy się uważniej statystykom, zauważymy, że w ścisłej czołówce utrzymują się też niezmiennie hasła rzadko (ponad 300 wejść dziennie), w ogóle, wziąć — czyli słowa, które bardzo często są pisane nieprawidłowo. A co tam, może oto oznaka, że ludzie zaczęli uważać nie tylko, co piszą po polsku, ale też jak piszą? Skoro na Wikisłowniku jest wyjaśnione obok prawidłowej pisowni, jak nie należy słowa pisać, to ludzie znajdują te hasła? Na liczbę dziennych wejść na hasło „chuj” należałoby więc patrzeć optymistycznie: 400 ludzi oglądających dziennie tę stronę być może chce upewnić się, jak dobrze zapisać to słowo, poznaje etymologię i przyczyny, dla której pisownia przez samo „h” jest niewłaściwa.

Gdyby ktoś jeszcze załamywał ręce nad językiem obecnej młodzieży, niech zwróci uwagę, że ponad 150 osób dziennie czyta hasło per aspera ad astra, popularne są też dum spiro, spero, pejoratywny i sarkazm (to ostatnie nie wiedzieć czemu ma aż około 300 wejść dziennie). Na początku września absolutnym hitem jest jątrew, odwiedzane średnio przez pierwszych 9 dni miesiąca przez imponującą liczbę 934 osób dziennie. Co się dzieje? Nie mam pojęcia, może jakiś mały efekt Slashdota? Albo w „Polityce” w jednym z artykułów ktoś użył tego określenia i cała Polska szuka teraz, co ono znaczy? :-) Sam przyznam się, że dzisiaj słowo zobaczyłem po raz pierwszy na oczy.

08 września 2008

Co ma wspólnego golizna z lasem






Jest sobie w dolnołużyckim słówko „góla”, które jest o tyle dziwne, że oznacza „las”. Gdy je zobaczyłem po raz pierwszy, wydało mi się bardzo podejrzane - no bo jak to, pierwsze skojarzenie nasuwa się z czymś gołym, a las bynajmniej gołym terenem nie jest. Po jakimś czasie okazało się, że nie tylko u mnie wyraz ten powoduje taką reakcję; ba, łamią sobie nad nim głowę dolnołużyccy etymolodzy. Wpadł mi w ręce niedawno 34 numer „Nowego Casnika” z tego roku, gdzie temat pochodzenia tego wyrazu zajmuje 2 (!) strony. A sprawa nie jest trywialna, bo do wyjaśnienia zaprzęgnięto badania archeologiczne i wiedzę o sposobie orania roli w Średniowieczu.

Na zapoznanie się z artykułami tam zamieszczonymi miałem w pociągu dużo czasu, więc przewałkowałem temat od początku do końca tyle razy, że doszedłem ostatecznie do sensu całości bez użycia słownika. Artykuły były bardzo ciekawe i jakby nie było, przekonały mnie do przedstawionych wyjaśnień. Naturalnie stwierdziłem, że szkoda by było, żeby efektami moich zmagań z opisami użycia pługa i płodozmianu nie podzielić się z innymi. Oto więc jest: hasło góla z moim zdaniem najdłuższą etymologią na Wikisłowniku. Nie, nie zajmuje dwóch powierzchni ekranu, więc zachęcam do rzucenia okiem. ;-)

01 września 2008

Wikisłownik pomysłem na reklamę

Co może mieć wspólnego Wikisłownik z reklamami? Zobaczcie, co znalazłem dziś jako wkładkę w dodatku telewizyjnym papierowej Gazety Wyborczej z tego tygodnia:



Reklama ma cztery strony, tak wygląda pierwsza z nich, mająca zachęcać do zajrzenia dalej. W środku nie ma nic wartego omówienia w tym miejscu (zdjęcia i ceny produktów), zostańmy więc przy pierwszej stronie. Wygląda znajomo? Ha, coś mi to przypomina – pomyślałem - coś jakby definicja w Słowniku Języka Polskiego PWN albo Wikisłowniku. Tknięty przeczuciem wrzuciłem „bzik” do wyszukiwarki Wikisłownika – wyskoczyło prawie kropka w kropkę to samo, jak na kartce. Dokładniej, przed ukazaniem się reklamy hasło wyglądało tak, ale 30 sierpnia, czyli już po fakcie, ktoś je nieco rozbudował i wygląda ono inaczej (chyba lepiej). Tak, tak, przyznaję w związku z tym, że nie odkrywam pisząc niniejszy wpis Ameryki; nie wiem niestety, kto był bardziej spostrzegawczy ode mnie, bo edycji dokonano spod adresu IP warszawskiej Neostrady.

Wracając do meritum: czyż fakt, że układ typograficzny hasła na Wikisłowniku został wykorzystany na stronie otwierającej reklamę, nie poświadcza o tym, że w prostocie tego układu kryje się też funkcjonalność i piękno? Że robimy słownik nie tylko dobry, ale też ładny? Być może; w każdym razie według szwedzkiej firmy robimy najwidoczniej słownik pasujący do ich mebli ;-)

Kończąc zachwyty nad tym, że Wikisłownik znajduje zastosowanie w coraz to nowych, nie zawsze spodziewanych miejscach (oby tak było dalej), chciałbym tylko nadmienić, że byłoby miło, gdyby gdzieś w treści reklamy pojawiło się, choćby drobnym drukiem i na marginesie, słowo „Wikisłownik”. Nie jest uprzejmie brać czyjeś pomysły i udawać, że są wyłącznie własne.

Przedstawiona grafika jest chroniona prawem autorskim i nie może być bez zgody jej twórców kopiowana ani modyfikowana. W niniejszym artykule została użyta na podstawie art. 29 ustawy z dn. 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych w celu analizy krytycznej.

28 lipca 2008

Test nowego wyglądu haseł

Dyskutowaliśmy ostatnio nad układem haseł na Wikisłowniku oraz jego "rozluźnieniem", czyli radzeniem sobie z hasłami, które upychają zbyt dużo informacji w jednym miejscu. Najnowsza propozycja zbliża nas nieco do Niemców – informacje nie są umieszczone w tej samej linijce, jak do tej pory, ale w następnym wierszu; umożliwia też rozbijanie długiego tekstu na kilka linijek. Z tym, że nie zniemczamy się do końca ;-) Kod hasła niemieckiego i polskiego znacząco różni się długością. Możecie porównać – "nić" po staremu i nowemu.

Nowy układ został testowo wprowadzony na całym Wikisłowniku – na szczęście przy używanej przez nas konstrukcji haseł taka operacja jest szybka i nie wymaga modyfikacji samych haseł. Jeśli się podoba – zostanie na stałe. Czekamy na opinie na temat zmian.

06 czerwca 2008

Jak bije serce Wikisłownika?

Znalazłem dzisiaj na Tablicy ogłoszeń Wikipedii narzędzie rysujące "EKG" projektu. Możecie sobie porównać wykresy dla Wikisłownika i Wikipedii. Ciekawi mnie, czy mała zapaść (prawie zero nowych artykułów) w okolicy 17 maja miała związek z przygotowaniami do wyjazdu na Konferencję Wikimedia Polska (22 maja). Interesujący jest też skok – na przełomie marca i kwietnia powstawało nawet 300 artykułów dziennie; czy czasem nie wtedy była przerwa świąteczna? ;-)

Jeszcze ciekawostka: wykresy pokazują, kiedy szacunkowo projekt osiągnie kolejną okrągłą liczbę artykułów. Nam 100 000 stron przepowiada 24 października 2008. A zakład, że będziemy mieli wcześniej?

29 maja 2008

Po konferencji

Konferencja w Rabce już za nami. Mimo różnych problemów technicznych udało nam się zrealizować wszystkie punkty programu (dzięki dla PMG za użyczenie laptopa i wytrwanie z nami do 3 w nocy). Zdobyliśmy też paru nowych redaktorów. Slajdy z wykładu można zobaczyć na stronie Stowarzyszenia Wikimedia Polska.

O przebiegu konferencji rozpisywano się już na innych blogach i na Wikinews, więc nie będę się powtarzał. Zachęcam za to do obejrzenia ilustrowanej historyjki na bazie wydarzeń z konferencji.

20 maja 2008

3 dni do Rabki: Wikisłownik na Dniach Książki Żydowskiej

prelegenciJuż w czwartek, 22 maja zaczyna się Konferencja Wikimedia Polska 2008. Do Rabki przyjadą polscy użytkownicy projektów Fundacji Wikimedia (oraz goście z zagranicy), by na czterodniowym spotkaniu wysłuchać wykładów i prezentacji na temat projektów, wymienić opinię, wreszcie poznać się lepiej i miło spędzić długi weekend. Na konferencji nie zabraknie też przedstawicieli Wikisłownika: przygotowaliśmy prezentację objaśniającą, czym jest nasz projekt i jak jest tworzony, oraz warsztaty, gdzie chętni postawią pierwsze kroki jako autorzy haseł na Wikisłowniku.

W poniedziałek miała miejsce próba generalna przed Konferencją: autorzy Wikisłownika – joystick, Rovdyr i Pioter poprowadzili prezentację na XI Dniach Książki Żydowskiej w Warszawie. Prelekcja pod tytułem „Jidysz żyje w internecie – prezentacja internetowego słownika języka jidysz” przybliżyła gościom projekt jidysz lebt realizowany w ramach Wikisłownika. Uczestnicy otrzymali niniejsze ulotki.

19 maja 2008

Chcieć, ale jak, czyli o tym, jak niełatwe bywa pisanie słowników

Od pewnego czasu zaczęło mnie gryźć jedno hasło. Chodzi o kśěś, czyli „chcieć” w języku dolnołużyckim – jakby nie było, czasownik o istotnym znaczeniu. Za internetowym słownikiem Instytutu Łużyckiego jako formy czasu przeszłego podane były kšěł/kšěła. Nie podobały mi się te konstrukcje, bo w zasadzie znikąd pojawiało się „s” z daszkiem zamiast „ś”, a i samo ich brzmienie zdawało mi się dziwne (czy „kszieł” ma coś wspólnego z polskim „chciał”, nie mówiąc już o trudnościach z wymówieniem takiej zbitki?). Ale cóż – ze względu na słabą znajomość dolnołużyckiego zostawiłem to w spokoju. Współautorem internetowego słownika był Manfred Starosta – absolutny autorytet dolnołużyckiego językoznawstwa, najwyższa instancja. Uznałem, że z takim kimś nie ma co się kłócić.

Ostatnio naszła mnie jednak fala wątpliwości. Co w takiej sytuacji począć? Normalnie człowiek bierze inny słownik i porównuje. Niestety nie mam dostępu do radzieckiego słownika rosyjsko-dolnołużyckiego (nawet gdybym miał, i tam nie miałbym z niego wielkiego pożytku, gdyż rosyjskiego nie znam), a po polsku nie wyszła po prostu żadna poważna pozycja. Szukanie w Google może być zwodnicze – tekstów po dolnołużycku w Internecie jest mało; są fora dyskusyjne, ale ciężko stwierdzić, kto na nich jest „prawdziwym” Dolnołużyczaninem. W zasadzie mam wrażenie, że więcej tam zapaleńców z Polski i Czech oraz gości z Górnych Łużyc niż Dolnołużyczan. Wyników dla „kśěł” było więcej, ale do czego przywiązywać większą wagę: słownika o niezaprzeczalnej renomie czy swobodnym dyskusjom, co do których nie wiadomo do końca, w jakim są prowadzone języku (czasem ciężko jest odróżnić górnołużycki od dolnołużyckiego; a jak będzie pisał Górnołużyczanin starający się pisać po dolnołużycku?).

Jeden z wyników zwróconych przez wyszukiwarkę zabił mi do tego niezłego ćwieka: były tam użyte obie formy. Literówka? A może jakaś głębsza przyczyna? Podzieliłem się moimi wątpliwościami z Joystickiem, który naprowadził mnie na jeszcze jeden trop: reforma pisowni. W dolnołużyckim w roku 1995 nastąpiła reforma, w następstwie której np. „spěwaś” przeszło w „spiwaś”, a „gornoserbski” w „górnoserbski”. Wyobraźmy sobie, że forma z „š” jest według starej, a z „ś” – według nowej pisowni. Autor artykułu mógł się nie przyzwyczaić do nowych reguł i napisał raz tak, a raz tak; program do sprawdzania pisowni albo osoba-korektor mogłaby to przeoczyć.

W podobnych sytuacjach wyjątkowo przydatni okazują się native speakerzy. Gdybym, na przykład, rozwijał słownik chorwackiego, nie musiałbym nawet ich szukać – po prostu napisałbym do „naszego” Frano. Niestety, native speakerów nie uświadczy (zazwyczaj) ani na łużyckim kanale IRC-owym Wikipedii, ani na samej dolnołużyckiej Wikipedii. Mógłbym tam liczyć co najwyżej na pomoc dwóch Niemców, tak jak ja uczących się dolnołużyckiego (co prawda, dłużej). Ostatecznie zwróciłem się o poradę do Dundaka – Górnołużyczanina, który kiedyś nagrywał na moją prośbę wymowę górnołużycką, i który zna dolnołużycki. W jego szkolnym słowniku była pisownia przez „ś”. Nie zostało nic innego, jak zwrócić się bezpośrednio do najwyższej instancji z prośbą o wyjaśnienie. Uprzejmą i szybką odpowiedź dostałem dzisiaj – faktycznie, w słowniku była literówka. W problematycznym artykule ktoś po prostu raz nacisnął źle klawisz.

07 listopada 2007

Botowanie i wymowa

Dostałem wczoraj bloka na Commons. Na dwie godziny.

Tak właściwie to nie ja, ale mój bot i nie na dwie godziny, bo blok został w końcu wcześniej zdjęty. Poszło o małe nieporozumienie - polscy admini Commons powiedzieli mi, że mój bot nie potrzebuje flagi (która ukrywa edycje na liście ostatnich zmian), natomiast inni admini kazali mi nie robić niczego bez flagi. ;-) Ku mojemu zaskoczeniu, już dzisiaj mój wniosek został pomyślnie rozpatrzony i bot śmiga dalej. A ładować jest co - w kolejce czeka jakieś 12 000 nagrań wymowy.

Skąd to wszystko? Jest strona Shtooka Project, gdzie zamieszczane są bazy słów na licencji Creative Commons. Tsca brał z niej kiedyś nagrania słów rosyjskich; teraz doszły tam dodatkowe zbiory.

Z papierkowej roboty - czekam na flagę bota na polskim, niemieckim i angielskim Wikisłowniku - mój bot będzie tam te wszystkie nagrania wymowy wstawiał. Kod bota jest prawie gotowy ;), więc gdy głosowania się skończą, wszystko powinno być już gotowe i przetestowane. Na razie zapisuję w notatniku (dane z początku października): polski Wikisłownik - 4 400 nagrań, angielski - 12 000 nagrań, niemiecki - 1 500 nagrań. Ciekawe, jak będzie po przejściu bota…

15 września 2007

Software Freedom Day

Na Software Freedom Day w Krakowie poprowadziłem dzisiaj prelekcję na temat Wolnej kultury, przy okazji tematyki prawa autorskiego i Creative Commons omawiając projekty Fundacji Wikimedia. O Wikipedii nie mówiłem zbyt wiele - w końcu o niej powiedziano już chyba wszystko. Szczególnie starałem się podkreślić zalety Wikisłownika - wielkiego entuzjazmu nie wywołałem, ale widownia była zadowolona.

Czy nauczyłem czegoś ludzi o siostrzanych projektach Wikipedii? Z jednej strony, jeden człowiek na sali wiedział nawet, że jest coś takiego jak Wikiversity. Z drugiej, jeden z prelegentów ucieszył się, że jest w końcu polskie tłumaczenie książki o Pythonie "na Wikipedii". Ech. Może lepiej przestać mówić "siostrzane projekty Wikipedii", żeby ludziom przestało się wydawać, że to wszystko Wikipedia?

12 września 2007

Plakaty

W Olsztynie wkrótce zaczną się Olsztyńskie Dni Nauki. Tak się szczęśliwie składa, że koordynatorem tego wydarzenia jest wikipedysta, prof. Stanisław Czachorowski z Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego. Dzięki jego wsparciu, na imprezie pojawią się plakaty reklamujące polskie projekty Fundacji Wikimedia. Będzie tam plakat Wikipedii (prawdopodobnie w tej postaci), będzie plakat Wikinews, Wikibooks oraz Wikisłownika (możecie je zobaczyć). Co więcej, plakaty mają być wydrukowane nie na zwykłym papierze, ale na sztywnej plamce, przez co będą trzymały się dłużej - są plany, by po Olsztyńskich Dniach Nauki umieścić je na dłużej w olsztyńskim uniwersytecie. Jeśli zaś dobrze pójdzie, być może Stowarzyszenie Wikimedia Polska zdecyduje się sfinansować druk kilku takich plakatów, by zawisły w innych miastach. Piszcie, proście, może to zwiększy motywację Zarządu do wydania na ten cel skromnych funduszy Stowarzyszenia :)

Z samym przygotowaniem tych plakatów była całkiem niezła historia. O sprawie dowiedziałem się w lipcu. Wikipedia miała już wtedy gotowy plakat promocyjny, natomiast reszta projektów - nie. Czas leciał, więc postanowiłem wziąć sprawy w swoje ręce. Na początek poszła nauka obsługi programu graficznego Inkscape, który polecali mi do tego celu inni wikipedyści. Program jak program, ma swoje dziwactwa, ale udało mi się go opanować, po długich dyskusjach w Barach projektów, próbach z różnymi wariantami, udało mi się w końcu przygotować projekty, które znalazły (mniejszą lub większą) akceptację.

Ucieszony, że wszystko jest gotowe, zostawiłem sprawę plakatów i dopiero, gdy zbliżał się czas oddania projektów, pomyślałem, że być może warto byłoby zasięgnąć rady u naczelnego speca od DTP na Wikipedii, Beno. Przy okazji dopytałem się, jakiej postaci plakatów oczekuje drukarnia i okazało się, że tak naprawdę przygotowane przeze mnie plakaty absolutnie nie nadają się do druku. :) Drukarnia nie przyjmowała grafik PNG, które produkował Inkscape, a eksport do PDF dawał plakaty z białą dziurą w miejsce logo i innymi felerami. Co gorsza, Inkscape okazał się programem służącym tylko do produkcji grafik przeznaczonych do oglądania na ekranie monitora, gdzie przestrzeń barw RGB sprawdza się doskonale, ale, co uświadomił mi Beno, na druku wygląda bardzo kiepsko. Sprawdziwszy, że możliwości wykorzystania barw CMYK w Inkscape nie ma (ba, jego twórców to w ogóle nie interesuje), doszedłem do desperackiego wniosku, że najprawdopodobniej plakaty trzeba będzie zrobić od zera w innym programie. W tym samym czasie zorientowałem się jeszcze, że robiąc plakaty nie pomyślałem o rzeczy podstawowej - w jakim formacie mają być. Tymczasem jest to kwestia podstawowa, od której należy zacząć :) Plakaty miałem więc w formacie A4, a potrzebny był B1. Ups.

Siedząc po nocach, prowadząc długie konsultacje z Beno, wyprodukowałem w programie Scribus (poniekąd, bardzo przyjemnym w użyciu) nowe wersje plakatów Wikibooks i Wikinews. Po drodze okazało się, że te same czcionki w różnych programach (Inkscape i Scribus) potrafią wyglądać nieco inaczej, że obsługa wektorowego formatu SVG w Scribusie niby jest, ale po zerknięciu na podgląd wydruku człowiek stwierdza, że to tak, jakby go nie było (postawiłem na generowanie z SVG dużych bitmap) - ale nic to. Efekt końcowy był bardzo - dla mnie - zadowalający. Beno wziął na siebie ręczną modyfikację plakatu Wikisłownika, zmieniając w nim RGB na CMYK i dopasowując plakat do rozmiaru B1 (nie pytajcie mnie, jak to zrobił - to po prostu czarna magia :).

Dzięki całej historii nauczyłem się w końcu, jak zrobić coś składnego w programie graficznym, jak obsługiwać pożyteczny (mimo wszystko) program Inkscape a do tego korzystania z prawie profesjonalnego narzędzia, jakim jest Scribus, no i paru rzeczy o DTP. Wśród plików, do jakich dałem link, plakaty Wikibooks i Wikinews mają dodane okolicznościowe ramki na Olsztyńskie Dni Nauki (plakatu Wikisłownika zmodyfikować nie mogłem). Jak przyznaję, moje projekty były robione nieco w pośpiechu, być może nie wszystko jest do końca dopracowane, ale jeśli się spodobają, wrzucę je na Commons, by każdy mógł sobie taki wydrukować.

07 czerwca 2007

NetSprint zainteresował się Wikinews; kolej na Wikisłownik?

Wikinews odniosło ostatnio niemały sukces - wyszukiwarka NetSprint dodała nasz siostrzany projekt jako źródło informacji. Kto wie, może artykuł z Wikinews pojawi się kiedyś na stronie głównej tamtejszego przeglądu wiadomości?

Postanowiłem skorzystać z okazji i zasugerowałem przedstawicielowi NetSprinta przyjrzenie się również Wikisłownikowi. Wyszukiwarka ma bowiem usługę słownika a oprócz tego potrzebuje list synonimów, które obecnie bierze z Wikipedii (a konkretnie ze stron ujednoznaczniających), co nie zawsze jest łatwe w realizacji i dokładne. W odpowiedzi dostałem, że co prawda niczego nie mogą obiecać, ale zastanowią się. Całość dyskusji na Wikiliście.

Ja trzymam kciuki i liczę, że Wikisłownik stanie się w końcu mainstreamowym serwisem.